Drodzy moi Czytelnicy . . . zamieszkałam przy plaży. Ale wylegiwanie się na plaży nie jest dla mnie – nuży mnie, więc . . . napisałam książkę. O czym jest? O Czarownym Siedlisku, miejscu służącemu wytchnieniu – zupełnie jak te, dla których pracuję w Udanego Pobytu : )
Tu podzielę się z Wami wstępem od narratorki i pierwszym rozdziałem.

Twoja historia jest potrzebna światu. Nie pozwól, by odeszła razem z Tobą.
– Autorka
DEDYKACJA
Tym, którzy popierają mój styl życia oraz w szczególności tym, którzy go nie popierają – daliście mi motywację, by pisząc tę książkę, pokazać szerszemu gronu – jak bardzo ma sens.
WSTĘP
Witaj Duszo.
Jestem Marysia i czuję się, jak po roku samych niedziel.
Przeżyłam coś, czego nigdy bym nie zaplanowała. I nie uważam tego za stratę. Żyłam życie, którego nie rozrysowałam na kolażu intencyjnym i którego nie afirmowałam w medytacjach. Życie, które mnie zastało.
Mogłam je przeżyć w rodzinnej wiosce – Bogosławice albo wrócić spowrotem do Krakowa.
Na kartach tej książki chcę podzielić się z Wami tą historią.
Książkę dedykuję tym, którzy zostali (w swoich rodzinnych stronach) — i tworzą od nowa.
Nie musimy już uciekać.
Nie musimy już nikomu udowadniać, że sukces mieszka tylko w betonowym krajobrazie miasta, w kalendarzu pełnym spotkań i w błyszczących wizytówkach.
Nie musimy już zapracowywać się na udawaną wartość.
Możemy zostać.
Zostać tam, gdzie nasze korzenie.
Nie dlatego, że się poddałyśmy, ale dlatego, że zrozumiałyśmy, że to właśnie tu można zacząć naprawdę żyć.
Można tworzyć i współtworzyć.
Z domem po dziadkach, z ogrodem po babci, z pamięcią o tych, którzy przed nami patrzyli w to samo niebo i pili z tej samej studni.
Z czułością do historii, ale bez konieczności jej powielania.
Bo nie musimy wierzyć w to, w co wierzyli nasi przodkowie.
Ale możemy być im wdzięczni za to, że w ogóle pokazali nam, że duchowość istnieje.
Że można się modlić — lub milczeć.
Zanurzać się w rytuały — lub tworzyć własne.
Nie trzeba wybierać między sensem a zarobkiem.
Między spokojem a „pożytecznością społeczną”.
Można żyć alternatywnie — i godnie.
W duchu antykariery, ale nie w duchu bierności.
W duchu bycia — nie wyścigu.
Wieś nie jest końcem.
Wieś może być początkiem.
Miejscem, w którym złożone w trawie pomysły kiełkują w rewolucje.
Miejscem, w którym rodzą się idee, które świat jeszcze zdąży pokochać — tylko dlatego, że ktoś miał odwagę ich wysłuchać.
To, że nie robisz „kariery” w mieście, nie oznacza, że nie robisz czegoś wielkiego.
To, że wybrałaś wieś, nie oznacza, że się cofnęłaś.
To może znaczyć, że dotarłaś. Do siebie. Do miejsca, gdzie możesz oddychać w swoim rytmie.
Życie mamy tylko jedno.
Nie warto go przeżyć jako kopia cudzego scenariusza.
Najważniejsze to żyć z poczuciem sensu, samorealizacji i wewnętrznej spójności.
Cokolwiek to znaczy — dla Ciebie.
Jeśli jesteś teraz w miejscu, które nie pasuje do instagramowych trendów, ale za to pasuje do Ciebie —
to już jesteś w domu.
I to wystarczy.
Nawet więcej niż wystarczy.
To może być początek świata, który zachwyci nie tylko Ciebie — ale też innych.
Zostań.
I twórz.
PROLOG
O wiedźmiarskiej spelunie sąsiadującej z kościołem.
Do momentu, aż stałam się pełnoprawną właścicielką starej organistówki, która graniczyła z moją babkowizną, trzymałyśmy wszystko w tajemnicy.
Babkowizna to inaczej spadek po babce.
Moja babka – Apolonia, niedawno skończyła 100 lat. W tym wieku dostaje się od państwa pokaźną sumkę, z której ja zamierzałam żyć na krzywy ryj, oficjalnie podając się za babcyną opiekunkę.
Ale los miał dla mnie inny scenariusz.
Jak na kogoś, kto był takim sowizdrzołem jak ja – jak miała w zwyczaju nazywać mnie moja babka – był to bardzo pracowity scenariusz. Zakupiłam organistówkę by prowadzić działalność antykościelną. Dacie wiarę? Właśnie tak rozpoczynało się moje nowe życie.
Jestem Maria. Porzuciłam inspirujący Kraków dla życia nawet nie we wsi zabitej dechami, ale pośrodku lasu.
W miejscowości Pośrodek, leżącej w gminie Rozterki.
Ludzie Złoci, a tak nazywam mieszkańców mojej miejscowości – Pośrodka, gdyby tylko przechwycili cień szansy na – w ich oczach – zbeszczeszczenie organistówki, rozpętali by mi piekło. W imię Świętej racji, oczywiście. Odkąd się tutaj przeprowadziłam, sąsiedzi i mieszkańcy wsi, ciągle zadawali mi te same pytania. Dlaczego nie chodzę do pracy. Dlaczego nie mam męża. Dlaczego zalęgłam się w tej dziurze.
Odpowiadałam w tonie „Noo luuudzieee złoooci…“ I tak się przyjęło.
Ale wracając do tematu, przy notariuszu powiedziałam, że wspomnianego wyżej zakupu dokonuję pod działalność z obszaru rozwoju osobistego. Zadeklarowałam, że będę organizowała w nim warsztaty i wynajmowała pod kobiece imprezy.
Nie świadczyłam nieprawdy. Po prostu pominęłam kilka kluczowych słów, takich jak: zloty czarownic czy rytualne obrzędy.
Wiedziałam, że ten pomysł nie przejdzie bez echa. I to jeszcze w środku lasu, gdzie echo odbija się znakomicie. Pamiętam anegdotycznie barwne początki. Jedno z pierwszych wydarzeń, jakie zorganizowałam to wieczór panieński w wiedźmiarskim stylu.
Muzyka, w dodatku sprośna, dudniła mimo moich próśb i upomnień.
Przyszła panna młoda upierała się, że zadatek zapłaciła także za swobodę muzyczną i straszyła, że nie dopłaci reszty.
Zrezygnowana, usiadłam w ogrodowej altanie i przysłuchiwałam się natężeniu dźwięku. Chciałam się przekonać, czy naprawdę to aż tak się niesie…
- O 7 rano mam mszę! – Usłyszałam zza pleców.
- A ja jeszcze wcześniej, bo o świcie, jak tylko obudzą je koguty, będę tu miała krucjatę świętojebliwych bab, które spalą mnie na stosie. Może nawet nie przyjdą na księdza mszę, bo zadowolą się ofiarą z czarownicy…
- Nie mogę zasnąć.
- To jest nas dwoje. Maryjka. – Wstałam, ugładziłam podnosząca się sukienkę i podałam mojemu rozmówcy dłoń.
- Dżizys, poważnie?!
- Tak. Maria Ojdana.
- Zalas. Grzegorz Zalas. Boże… Ksiądz Grzegorz Zalas.
- Prawdziwy ksiądz?
Moje absurdalne pytanie jest naprawdę uzasadnione, spodziewam się striptizera przebranego za księdza. Lada moment. Dlatego tu siedzę i go wyczekuję.
- Czyli jednak. – Stwierdził z żalem.
- Czyli jednak… Co?
- Parafianie rozpowiadają, że to siedlisko to przybytek zła.
- Nie święci garnki lepią! – Rzuciłam, choć akurat to przysłowie pasowało tu jak kwiat do kożucha.
- Nie wierzę. Zajmujesz się takimi rzeczami, takimi bezeceństwami i narażasz się ludziom przywiązanym do wiary, rodzinności, tradycji. Przecież oni Cię zjedzą! Z pajdą chleba z ogórem i smalcem.
- Wynajmuję przestrzeń dla branży rozrywkowej. Niebo gwiaździste nade mną, prawo niemoralne we mnie. – Sparafrazowałam słynnego myśliciela.
Po chwili jednak wpadłam w nieprzerwany, filozoficzny ciąg.
- Borze Nieprzedeptany! Uzurpujesz sobie prawo do mówienia innym ludziom, jak mają żyć? Głosisz im jedyną, słuszną prawdę, tak? W 21 wieku, gdzie każdy ma prawo wyboru?
- Nie. Ja tylko daję ludziom okazję, by odnaleźli swoją duchową ścieżkę.
- Ja też. – Szepnęłam.
Ale Twój Bóg konkuruje z moim… Produktem. – Dokończyłam.
- Powtarzam słowa mojego nauczyciela, którym był Jezus.
Co w tym złego?
- Nic.
- Czym zamierzasz się tutaj zajmować?
- Wszystkim tym, z czego ludzie Ci się spowiadają. Wszystkim, co Ty potępiasz z ambony. Posiadaniem bogów cudzych przed Bogiem Ojcem, pijaństwem, cudzołóstwem…
- Mario, zrozum, proszę. Ja przyszedłem tutaj, bo musiałem. Jutro zanim jeszcze rozbrzmieją kościelne dzwony, ludzie będą zadawać mi pytanie – Jak ksiądz mógł na to pozwolić?
Będą mnie obwiniać. Przydawać odpowiedzialności. Gloryfikować, jakbym był strażnikiem moralności. Zupełnie jakbym miał władzę absolutną, także nad ludzką wolną wolą.
A nie mam…
- Rozumiem. Ale to Ty musisz sobie poradzić z tym, że inni respektują własną wolną wolę. Zgodnie z moją wolną wolą, tworzę siedlisko, w którym umożliwiam ludziom duchowe wzloty. I upadki też! Bo nie żyję w wyidealizowanym świecie bez grzechu.
Przepraszam Cię teraz, ale widzę światła samochodu. To pewnie ksiądz striptizer. Muszę wskazać mu drogę ku zatraceniu.

