Zeszłam po drewnianych schodach tylko do połowy — tyle, by widzieć salon, a jednocześnie móc w każdej chwili schować się z powrotem na górę i udawać nicość. Bo oto „NICOŚĆ” była tematem rozmowy poniżej. A właściwie ja — jako jej uosobienie. Czarne i trochę zwichrowane. Dlaczego tyle postronnych osób się mną interesowało? Och nie, źle powiedziałam. Nie mną. Wyciągiem z mojego konta bankowego i moją rolą społeczną.
Wypalenie zawodowe nie przychodzi z hukiem — ono sączy się jak klimatyzacja w open space’ie: cicho, jednostajnie, wysuszająco. Najpierw znika ekscytacja, potem sens, na końcu zostaje tylko kalendarz pełen calli i ciało, które reaguje napięciem na dźwięk powiadomień. Korpozmęczenie to nie lenistwo, to chroniczne bycie „w gotowości”, wieczne dowożenie, targety, KPI i uśmiech przyklejony jak identyfikator do marynarki. Człowiek zaczyna tęsknić nie za urlopem all inclusive, lecz za alterpracą — taką, w której ręce robią coś prawdziwego, a głowa nie musi świecić się jak neon. Za zajęciem, które nie drenuje z tożsamości, tylko ją karmi. Za rytmem, w którym jest miejsce na oddech, ciszę i poczucie, że to, co się tworzy, ma zapach i ciężar — a nie tylko termin realizacji.
Jak miałam im to wytłumaczyć?
100 letniej babci i niewiele młodszej cioci Zapiecuszonej, dla której kobieta albo pracuje albo nie, albo jest mężatką albo nie. A jeśli nie – to nie może tak być. Nie może tak być. Nie może tak zostać! Trzeba działać. . . A komu? Najlepiej tym, co najmniej rozumieją…
Do Babkowizny wkroczyła bowiem ona: ciocia Bogna Zapiecuszona. Chrzestna córka babki Apoliny, kobieta z obrazka, żeby nie powiedzieć z książeczki do nabożeństwa. Żeby nie powiedzieć, bo już mi wystarczy tych porównań. I Wam pewnie też. Osiemdziesiąt pięć procent dewocji, piętnaście procent krzty teściowej. Niosła biały, wiklinowy koszyczek, wyłożony chustą z różanym wzorem i przewiązany wstążką, a w środku znajdowały się różne przysmaki dla seniorki oraz suplementy diety.
— Ciotuchno kochaniusieńka! — wyświergotała, zanim jeszcze przekroczyła próg. — Przyniosłam łakocie dla duszy i ciała! Wzmacniające, probiotyczne, i takie z błonkiem… z błonniczką! O! — poprawiła się, bo ciało musiało być nie tylko nakarmione, ale i uduchowione zgodnie z ulotką.
Na taką to nawet biała szałwia palona w progu nie pomoże. Jej duszne perfumy są silniejsze.
Rozwinęła koszyk tak ostrożnie, jakby tam siedziały małe kurczęta. A potem, niczym cyrkowa sztuczka: z torby wysunęły się papucie. Jej własne. Perłowe. Wkłada je z namaszczeniem, a ja na schodach duszę śmiech. Babka kręci głową — po pierwsze dlatego, że papucie w gościach są już przesadą nawet jak na Babkowiznę, po drugie — bo ciocia Bogna zaczyna swój temat z poczucia obowiązku moralnego:
— A Marysia… CO U MARYSI? — spytała takim tonem, jakbym była bibelotem do przestawienia na komodzie.
— A co ma być? — mruknęła babka.
— Przecież Marysia w tak pięknym wieku! W kwiecie! W rozkwicie! W zakwitnięciu! — wymachiwała rękami jakby przesadziła z kawą. — Powinna pracować! W terenie! W mieście! A nie tu, w chaszczach!
Babka prychnęła. Ja zamarłam, prawie wypadając z półpiętra. Przeklęty wielki dom, który pomieści nawet te pokolenia, które wedle czyjejś wyobraźni powinny żyć inaczej. I jakie chaszcze! Przecież kosimy główne drogi.
— Marysia się rozmyśla — odpowiedziała Apolina spokojnie, tonem arcydecydenta. — A jak się człowiek rozmyśla, to musi czasem usiąść na tyłku. I pomyśleć, nim sobie życie znowu w bałagan obróci.
— A to ona tak bez pracy? Tak bez… DOCHODU?! — ciocia Bogna zabrzmiała, jakby ktoś jej oblicza emerytalne popsuł, stukając o blat sztucznymi paznokciami za 120 zł.
Apolina spojrzała na nią z wyższością stuletniej królowej lasu:
— Ona ma u mnie gap year. Rok przerwy od roboty. Roczny urlop od życia w biegu. Uzdrawiający. Intencjonalny, jak to mówią na tym TikTaku.
— Na… TikTaku? — ciocia Bogna zgubiła oddech i połowę godności.
Babka kontynuowała, coraz mocniejsza:
— Przez piętnaście lat pracowała dziecina. W Dubajach, Portugaliach, kurortach z marmurów i złota. Ją wypaliło jak świeczkę na rezurekcji. A jak człowiek jest wypalony, to się go nie dmucha i nie krzyczy: „BŁYSZCZYJ!”. Tylko pozwala mu się zgasić i odpocząć.
— Ależ ciotuchno… — zaczęła Bogna drżącym tonem sygnalizującym nieszczęście na horyzoncie.
A tu babka — BUUUM. Nakręcona jak owocówka na resztki gruszek.
— A jak ja sponsoruję, to znaczy: MOJE. Rządy moje. Pieniądze też moje. A ty się wtrącać nie masz prawa. A pytać też nie masz, boś już trzeci raz przyszła z tym samym. Za rok możesz przyjść i zapytać, jak ten gap year się skończy. A nie co tydzień dopytujesz jak detektyw od bezrobotnych. I jeszcze tu przyłazisz pod pretekstem wciskania mi tych tabletek! Ja 100 lat tabletek nie jadłam i jeść nie będę!
Uśmiechnęłam się na schodach tak szeroko, że aż mnie policzki zapiekły. Fakt. Babka nawet w szpitalu chowała tabletki pod prześcieradło. I to w wieku 50 lat. Ale ja nie o tym. Moja babka w trybie inicjacji wiedźmiej to był widok. Ciocia Bogna wyglądała, jakby ją ktoś obsypał popiołem z Wielkiego Postu. Dotknęła palcami pereł na szyi, jakby te mogły jej dodać odwagi.
— Ale praca… praca daje sens! — szepnęła ostatnią linię obrony. I jest łaską.
Łaską. Roześmiałam się w duchu. Czy dla nich wszystko jest łaską? Aż mi się odbiło tostami z czerwoną cebulą. Nie chcę łaski.
— Sens to daje robienie tego, co nie głupie! — prychnęła moja obrończyni . — A nie wieczne bieganie jak krowa po torach. Człowiek się czasem zatrzymać musi i zastanowić: co dalej? Co pożytek przyniesie? Co pasuje do wartości?
Potem babka odwróciła się w kierunku schodów — dokładnie w moją stronę. Ja zeszłam szybciutko o dwa stopnie niżej, udając, że dopiero idę. Babka mrugnęła — wiedziała, że słuchałam od początku. Byłam jej za to wdzięczna. Chyba zupełnie nie wiedziała o czym mówi, po prostu odpierała argumenty zacietrzewionej Zapiecuszonej.
— Marysia ma teraz gap year — powtórzyła już łagodniej. — Może nauczy się klusków robić, może zupy na kościach. Może czegoś, co jej dusza przyjmie bez marudzenia. I NA TYM koniec tematu.
Ciocia Bogna Zapiecuszona złożyła dłonie jak do pokuty, ale perły zadźwięczały nerwowo.
— Rozumiem… — powiedziała najbardziej nierozumiejącym tonem, jaki słyszał świat.
