Do momentu, aż stałam się pełnoprawną właścicielką starej organistówki, która graniczyła z moją babkowizną, trzymałyśmy wszystko w tajemnicy.

Babkowizna to inaczej spadek po babce.

Moja babka – Apolina, niedawno skończyła 100 lat. W tym wieku dostaje się od państwa pokaźną sumkę, z której ja zamierzałam żyć na krzywy ryj, oficjalnie podając się za babcyną opiekunkę.

Ale los miał dla mnie inny scenariusz. Jak na kogoś, kto był takim sowizdrzołem jak ja – jak miała w zwyczaju nazywać mnie moja babka – był to bardzo pracowity scenariusz. Zakupiłam organistówkę by prowadzić działalność antykościelną. Dacie wiarę? Właśnie tak rozpoczynało się moje nowe życie.

Jestem Maria. Porzuciłam inspirujący Kraków dla życia nawet nie we wsi zabitej dechami, ale pośrodku lasu. W miejscowości Pośrodek, leżącej w gminie Rozterki.

Ludzie Złoci, a tak nazywam mieszkańców mojej miejscowości – Pośrodka, gdyby tylko przechwycili cień szansy na – w ich oczach – zbeszczeszczenie organistówki, rozpętali by mi piekło. W imię Świętej racji, oczywiście.

Odkąd się tutaj przeprowadziłam, sąsiedzi i mieszkańcy wsi, ciągle zadawali mi te same pytania. Dlaczego nie chodzę do pracy. Dlaczego nie mam męża. Dlaczego zalęgłam się w tej dziurze. Odpowiadałam w tonie „Noo luuudzieee złoooci…“ I tak się przyjęło.

Ale wracając do tematu, przy notariuszu powiedziałam, że wspomnianego wyżej zakupu dokonuję pod działalność z obszaru rozwoju osobistego. Zadeklarowałam, że będę organizowała w nim warsztaty i wynajmowała pod kobiece imprezy. Nie świadczyłam nieprawdy. Po prostu pominęłam kilka kluczowych słów, takich jak: zloty czarownic czy rytualne obrzędy. Wiedziałam, że ten pomysł nie przejdzie bez echa. I to jeszcze w środku lasu, gdzie echo odbija się znakomicie.

Pamiętam anegdotycznie barwne początki. Okoliczności, w których poznałam wysłannika wsi, by wyperswadował mi mój pomysł na życie. Jedno z pierwszych wydarzeń, jakie zorganizowałam to wieczór panieński w wiedźmiarskim stylu. Muzyka, w dodatku sprośna, dudniła mimo moich próśb i upomnień. Przyszła panna młoda upierała się, że zadatek zapłaciła także za swobodę muzyczną i straszyła, że nie dopłaci reszty.

Zrezygnowana, usiadłam w ogrodowej altanie i przysłuchiwałam się natężeniu dźwięku. Chciałam się przekonać, czy naprawdę to aż tak się niesie…

– O 7 rano mam mszę! – Usłyszałam zza pleców.

– A ja jeszcze wcześniej, bo o świcie, jak tylko obudzą je koguty, będę tu miała krucjatę świętojebliwych bab, które spalą mnie na stosie. Może nawet nie przyjdą na księdza mszę, bo zadowolą się ofiarą z czarownicy.

– Nie mogę zasnąć. Niebywałe! Naprawdę nie spodziewałem się, że środek lasu będzie ostatnim cichym miejscem.

– To jest nas dwoje. Maryjka. – Wstałam, ugładziłam podnosząca się sukienkę i podałam mojemu rozmówcy dłoń.

– Dżizys, poważnie?! – Zareagował lekko kpiąco.

-Tak. Maria Ojdana.

-Zalas. Grzegorz Zalas. Boże… Ksiądz Grzegorz Zalas.

-Prawdziwy ksiądz? Moje absurdalne pytanie jest naprawdę uzasadnione, spodziewam się striptizera przebranego za księdza. Lada moment. Dlatego tu siedzę i go wyczekuję.

– Najprawdziwszy. Czyli jednak. – Stwierdził z żalem, wzdychając.

-Czyli jednak… Co?

-Parafianie rozpowiadają, że to siedlisko to przybytek zła.

-Nie święci garnki lepią! – Rzuciłam, choć akurat to przysłowie pasowało tu jak kwiat do kożucha.

-Nie wierzę. Zajmujesz się takimi rzeczami, takimi bezeceństwami i narażasz się ludziom przywiązanym do wiary, rodzinności, tradycji. Przecież oni Cię zjedzą! Z pajdą chleba z ogórem i smalcem. – Powiedział to ze zdziwieniem pomieszanym z troską.

-Wynajmuję przestrzeń dla branży rozrywkowej. Niebo gwiaździste nade mną, prawo niemoralne we mnie. – Sparafrazowałam słynnego myśliciela. Po chwili jednak wpadłam w nieprzerwany, filozoficzny ciąg. Borze Nieprzedeptany! Uzurpujesz sobie prawo do mówienia innym ludziom, jak mają żyć? Głosisz im jedyną, słuszną prawdę, tak? W 21 wieku, gdzie każdy ma prawo wyboru?

-Nie. Ja tylko daję ludziom okazję, by odnaleźli swoją duchową ścieżkę.

-Ja też. – Szepnęłam. Ale Twój Bóg konkuruje z moim… Produktem. – Dokończyłam.

-Powtarzam słowa mojego nauczyciela, którym był Jezus. Co w tym złego?

-Nic. – Skontrowałam spokojnie. Już od pierwszej mikrosekundy nie czułam w nim wrogości.

-Czym zamierzasz się tutaj zajmować?

– Wszystkim tym, z czego ludzie Ci się spowiadają. Wszystkim, co Ty potępiasz z ambony. Posiadaniem bogów cudzych przed Bogiem Ojcem, pijaństwem, cudzołóstwem…

Roześmiał się. Nerwowym, ale ciepłym śmiechem.

– Mario, zrozum, proszę. Ja przyszedłem tutaj, bo musiałem. Jutro zanim jeszcze rozbrzmieją kościelne dzwony, ludzie będą zadawać mi pytanie – Jak ksiądz mógł na to pozwolić? Będą mnie obwiniać. Przydawać odpowiedzialności. Gloryfikować, jakbym był strażnikiem moralności. Zupełnie jakbym miał władzę absolutną, także nad ludzką wolną wolą. A nie mam…

-Rozumiem. Ale to Ty musisz sobie poradzić z tym, że inni respektują własną wolną wolę. Zgodnie z moją wolną wolą, tworzę siedlisko, w którym umożliwiam ludziom duchowe wzloty. I upadki też! Bo nie żyję w wyidealizowanym świecie bez grzechu. Przepraszam Cię teraz, ale widzę światła samochodu. To pewnie ksiądz striptizer. Muszę wskazać mu drogę ku zatraceniu.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *