Kochani moi!

Milczę o mojej książce – Babkowiźnie, ponieważ pracuję nad nią intensywnie – codziennie po kilka godzin. I wciąż się zastanawiam, czy przekaz jest wystarczająco mądry i wart czasu czytelników. W wersji optymistycznej – książka zostanie wysłana do wydawnictw w styczniu 2026. Dopiero latem będzie wiadomo czy ma potencjał sprzedażowy.

Dziś jednak, spontanicznie i życzliwie zostałam o nią zapytana. Przez kobietę związaną od wczesnej wiosny z moją rodziną – którą nawet była inspirowana jedna z postaci Babkowizny, Julianna – asystentka babki. Usłyszałam, że piszę poetycko i że to jest „to” co warto bym, robiła.

Pomyślałam, że mogę tu podrzucić kilka nowych rozdziałów…

1

O Pośrodku.

Ta historia zaczęła się we wsi Pośrodek. W Pośrodku życie płynie jak woda w kałuży — stoi, ale odbija niebo.

Każdy ma swoje rytuały, przywary i dziwne logiki, które — o dziwo — tworzą porządek. Pośrodek leży — jak sama nazwa wskazuje — dokładnie pośrodku wszystkiego i niczego zarazem. Droga do wioski prowadzi z czterech stron, ale każda kończy się błotem, lasem albo cudzym polem. Mapa pokazuje ją krzywo, bo podobno geodeta, który ją rysował, wypił z miejscowym sołtysem i zapomniał, gdzie był środek. Od tej pory każdy mówi, że Pośrodek przesuwa się co roku o kilka metrów, zależnie od tego, kto ma mocniejszą rękę przy szpadlu.

Tak działa Pośrodek – niby zwykła wieś, a jednak człowiekowi się wydaje, że wisi na granicy dwóch światów — tego ludzkiego i tego, w który lepiej nazbyt nie wierzyć, jeśli chce się spać spokojnie. Sołtys twierdzi, że nic nie reguluje życia tak precyzyjnie, jak święte prawo „niech se każdy robi po swojemu”.

A najbardziej niepokojąco — jest przy lesie. Tam, w miejscu, gdzie ścieżki same znikają pod stopami, a igliwie wydaje dźwięki, których nawet ptaki nie chcą brać na siebie, stoi stary kościół. Niegdyś był biały, teraz jest koloru zgaszonego popiołu, jakby zapatrzył się na za dużo ludzkich grzechów i sam poszarzał.

Naprzeciwko kościoła, tuż po drugiej stronie ścieżki, stoi mój dom, o którym w Pośrodku mówi się krótko: Czarownia. Tak nazywali go jeszcze przed pierwszą wojną światową gdy rządziła tu pra-prababka Kazimiera Mech. Dom jest drewniany, ciemny, pochylony jak starzec, który wie więcej, niż powinien. Od pokoleń mieszkają w nim kobiety, co „zajmują się czarami”, choć każda z nich nazywa to inaczej: „zielarstwem” – jeśli mówiła o sobie skromnie, „uzdrawianiem” – jeśli chciała podkreślić zapłatę”, „pomocą duszom” – gdy akurat ktoś w rodzinie umierał”, „patrzeniem, co wisi w powietrzu” – kiedy chciała wystraszyć tego, który za dużo pytał.

Ludzie z Pośrodka udają, że nie wierzą w czary, ale jeszcze chętniej udają, że wcale tam nie chodzą. Tymczasem każdy był tam co najmniej raz — choćby po to, żeby sobie pomóc jak żołądek boli już drugi dzień.

W Pośrodku ludzie nie chodzą po chodnikach, tylko po ścieżkach, które sami sobie wydeptali.

Kościół i Czarownia stoją naprzeciw siebie od ponad dwóch wieków i nikt nie pamięta, kto był pierwszy. Jedni mówią, że kościół postawiono, żeby trzymać czary w ryzach. Inni — że dom czarownic zbudowano naprzeciw kościoła, żeby patrzeć księżom na ręce. Prawda jest taka, że obie budowle stoją tu tak długo, że zdążyły zapuścić korzenie, a czas nauczył się je omijać.

Między tymi dwoma domami — Bożym i nie-Bożym — powietrze zawsze jest gęstsze, jakby unosząca się tam mgła miała coś do powiedzenia.

2

O tym, że nie chcę widzieć mojej rodziny tylko w trumnie oraz o tym, że jestem jej winna moje szczęśliwe życie.

Mój przyjazd na Babkowiznę wiązał się ze stykaniem się z pozostałą częścią rodziny. Z fragmentem, na czele którego stał wój Wiesiek, który – nigdy tego nie zapomnę – krótko po tym, jak skończyłam 18 lat z pogardą stwierdził, że ja to życia nie znam.

Byłam wtedy zupełnie inna, niż dzisiaj i zbyłam to milczeniem. Dziś rozpętałabym burzę.

A może nie?
Może z szacunkiem w głosie i wypełniona głębokim poczuciem własnej wartości powiedziałabym, że się myli. Powiedziałabym, że z jakiejś – swojej, osobistej perspektywy życie ZNAM. Jeśli zastanawiało Was, skąd u mnie te zdolności magiczne – właśnie stąd. Przez możliwość utraty życia. Wielokrotnego. Gdy byłam jeszcze bardzo młoda – wtedy wyostrzają się zmysły.

Czy miałam jakieś oczekiwania związane z moją rodziną? Nie. Po prostu było by miło, gdyby było nas stać na wzajemną, wzmacniającą obecność. Jak to osiągnąć? Dbając o własne granice i okazując wdzięczność tam, gdzie naprawdę się ją czuje? Wychodziłam z takiego założenia i miałam nadzieję, że nie wyjdę z siebie.

Zdolności przewidywania przyszłości wspierają w nie wychodzeniu z siebie.

Czasami wystarczy jedno pytanie.

Pytanie brzmi – Dlaczego tak myślisz?
Pytam i słucham.

Gdy już poznam perspektywę rozmówcy, znika chęć tego, co się chciało powiedzieć w pierwszej chwili. Czy to pytanie wystarczy? Czy będę je powtarzała jak mantrę? Nie wiem.

Czy moja rodzina zaakceptuje to, kim jestem? To, w co wierzę? To, czym obdarowuję świat? Żyjemy w zwariowanym świecie, który pokazuje, że częściej możemy liczyć na akceptację ze strony przyjaciół, niż rodziny. Doświadczyłam tego. Mieszkając w Krakowie niemal co wieczór bywałam na rożnych wspólnotowych wydarzeniach. Kolacje społeczne, kręgi kobiet, after party po wernisażach… Jak się do tego miały więzy rodzinne? Były. Od święta.

A ja nie chciałam oglądać mojej rodziny tylko w trumnie. Patrzyłam na członków mojej rodziny i na ich domy, podwórza… Uczestniczyłam w ich życiu… I wiedziałam, że to nie jest oczywiste. Śmierć tyle razy deptała im po piętach.

Według magów nie ma śmierci, jest tylko transformacja. Według mojej mamy „Na coś trzeba umrzeć.” Według cioci Symforiany , po śmierci stajemy się Przodkiem, który czuwa nad żyjącą rodziną i przestrzenią.

Czułam, że jestem winna mojej rodzinie szczęśliwe życie.

Po prostu. W tych czasach. W tych czasach, które dają te możliwości. Myślałam o więzach, połączeniu i rezonacji. Wsłuchiwałam się w siebie, będąc wyczulona na sygnały z mojego ciała. Na to, co brzmiało mi boleśnie i niesprawiedliwie reagowałam natychmiast. Konfrontacją, a nie atakiem czy ucieczką.

Cóż z tego, że pół życia temu usłyszałam od skrzywdzonego niesprawiedliwymi doświadczeniami wuja, że nie znam życia.

Znałam życie.

Swoje.

I tych, którzy się nim ze mną dzielili.

Czułam się szczęśliwym człowiekiem. Teraz, gdy Życie podyktowało mi okazję, by zbliżyć się do tej mniej znanej części rodziny… Podążyłam za nią. Byłam bardzo ciekawa, czego mnie to nauczy i na co uwrażliwi. Byłam ciekawa, czy zechcę jeszcze wracać na te drogi.

3

O obchodzeniu się w Pośrodku.

Mieszkam w Pośrodku już okrągły miesiąc. W rozmowach z przyjaciółkami z Krakowa, używam sformułowania „U mnie na wsi.” i dziwię się, że tak prędko się tutaj – jak mawia babka Apolina – zalęgłam na dobre.

  • Tu masz teraz swoje gniazdo. – Mawia Apolina.

Daj sobie spokój z wielkim światem, w małym też jest dla Ciebie miejsce.

Kto to widział, żeby tak żyć?! W oderwaniu od rodzinnego domu, rodziny? Za czasów mojej młodości, owszem – wyjeżdżało się, ale żeby zarobić. – Wypowiedziała wyraźnie ostatnie słowo. Zarobić i przywieść do gniazda. A dziś? A dziś się z domu wyfruwa i obchodzi bardziej z obcymi, niż ze swoimi!

Pada u mnie na wsi pewien zwrot, który wiele w sobie mieści. Miękki, okrągły, pełny. Rumiany, rechoczący serdecznym śmiechem, dźwięczny. Ten zwrot to „Obchodzić się.”

Znaczy to mniej więcej znać się i tę znajomość pogłębiać. Dzielić się swoim życiem, jakie by nie było. W braki wzajemne, własny czas wkładać. I być. Gdyby do tego tłumaczenia dorzucić, że znaczy to także – troszczyć się o siebie, „poważanie” sobie składać – też by się zmieściło. Dopchać można jeszcze do tego SŁYSZEĆ SIĘ. I po trochu dbać o siebie i po trochu, pośpieszać ze zrozumieniem i radą.

Żarzyć się sobie nawzajem obecnością.

O.

Bardzo bym chciała z kimś się tutaj obchodzić, choć jeszcze nie mają mnie za tutejszą.

Dowiązuję maleńką, biało – złotą choinkę do bombonierki. To dla sąsiadów, z którymi się obchodzę. I łezka mi się w życiu kręci, bo nagle uświadamiam sobie, ile oni mojego życia w swoim pomieścili. Ile wiedzą. I nie mądrują się, jak się tym życiem dzielę. A ile ich życia w moim! W zaledwie miesiąc.

I ten moment, gdy babki przyjaciółka, lat 99, do nas na bezokazyją posiadówkę przy cieście przyszła, to ja jej równo o 17.00 szklankę wody do popicia lekarstw przyniosłam i mówię „Piąta.” I te chwile niezliczone, w których wystarczyło, żeby słońce zawiesiło się na szczycie dachu, a my już na tarasie siedzimy i wygrzewamy lica na piegi.

Ile w tym obchodzeniu pamięci i serca. Z nimi i z innymi też. Ile tych krótkich odcinków wydeptanych po chleb. Jak dziś. Idę z chlebem, sąsiad – listonosz Zajadły – dywan na płocie wiesza i trzepał będzie. Ale zanim się zamachnął, patrzy w moją stronę. To ja mu dzień dobry mówię. A on mi odpowiada „Marysiu, jaka Ty piękna jesteś!” Piękna, w wyciągniętym różowym dresie i wszystkich odcieniach lawendy i różu.

Tak.

Bo tylko o takie piękno chodzi w życiu. Żeby się za kimś obejrzeć, spojrzeć na niego i mu powiedzieć, że pięknie wygląda.

Obejść się z nim po królewsku, w życzliwości i mając w dłoniach chwile, która teraz jest.

W zeszłorocznego Sylwestra, jakoś nie wierzyłam w Szczęśliwy Nowy Rok. Pamiętam, że piłam złotego szampana, który mienił się brokatem. Wznosiłam toast za nowy, lepszy rok, choć tak naprawdę nie byłam gotowa na najmniejszą porcję kolejnej nowości, a o poprawę nawet nie miałabym siły walczyć. Stać było mnie tylko na zawieszenie.

Los jednak bardzo szybko wcielił mnie w korby życia. Ani się obejrzałam, a już na drzewach wisiały dojrzałe i rumiane owoce.

W taki jasno-błękitny, otulony mgłą dzień, zdaje się, że już wszystko się zdarzyło i przeżyło. Że już można tylko skreślać i podsumowywać. Czekać na świeży śnieg, nowe rozdanie, inną liczbę datującą rok w bullet journallu.

Minął rok, żegnany w zawieszeniu i bez żywych uczuć. Z czasem, mój krwioobieg wypełnił się nowymi emocjami. Zetknęłam się, zmierzyłam, przeszłam na drugą stronę każdej beznadziejnej sytuacji.

Dobrze wiedzieć, że życie Cię wypełni. Niezależnie od Twojego strachu, przebytej niezmierzonej drogi i projekcji na Twój temat. Życie wypełni Cię sytuacjami, w których będziesz potrzebna. Ludźmi, którzy będą dla Ciebie lekcją.

To życie, które zaczyna się nad parą z czajnika, w którym zagotowuje się woda na poranną kawę. To życie, które słychać tupotem małych, kocich powracających nóżek.

4

W gruncie rzeczy o tym, że Nienamacalne przenika wszystko.

– Na świecie istnieje tyle błogosławieństw. Cudów. Niewyobrażalnych porządków. Mam wrażenie, że cząstki same układają się na idealnie dopasowanym miejscu. – Powiedziałam, tworząc kompozycję z suszonych kwiatów na ganku.

Właśnie wróciłam ze spaceru, którego celem było dostrzeganie życia na polu. Mikro-życia. Tak się tu żyło. Podwieczorek, a później polo-terapia. Zapach siana. Boso po ścieżynie.

– Przestrzeń, którą stworzyłaś uczy miłości do siebie. Poprzez wsłuchiwanie się w wewnętrzny głos i czułość do siebie. Jestem Ci za to niewypowiedzianie wdzięczna. – Rzekła Lena, artystka, która maluje do Niestworzonych Rzeczy (nasz sklepik) świętych w stylu pop-artu. Przywiozła mi Jezusa z piernikowym latte.

Zaśmiałam się wdzięcznie.

– W najśmielszych snach o tym nie śniłam. Po prostu wpadłam na najprostszy pomysł – żyć czymś kosztem – za babcyne, bo przecież na nas dwie by wystarczyło z nawiązką. Ale ciocia Symforiana mi nie pozwoliła!

– To los! – Szurnęła moralizatorskim tonem pulchna staruszka, gramolac się na werandę. I dobrze żeś tu przyjechała, na babkowizne. Rodzinna powinna być razem, a nie w świecie rozsiana jak te nasiona mleczu!

To Bronka Stalowa. Lokalna zielarka. Chustka na głowie i pajęczyny starości na twarzy. Uczy mnie, jak się obchodzić z ziołami. Jest szczęśliwa, że ma uczennice. Jest też oschła i zrzędliwa.

– Los, mówi Pani… – Podchwyciła Lena.

– Los. – Powtórzyła nabożnie. Los z Bogiem w karty grają przy miodzie pitnym domowej roboty Leona Dąbkowego. I jak Los wygra, to Bóg mu pozwala by czyjąś dolę odmienić.

– Leon to taki nasz lokalny poeta. Pisze nekrologi na zamówienie, jak kto zechce. Bez popity nie ma weny, jak sam twierdzi. – Dodałam, patrząc na Lenę. Przełomowa ta moja czterdziecha, nie ma co. – Westchnęłam.

– Co by nie mówić stworzyłaś świątynie czarów w środku lasu. A ten tammmm… – przedłużyła i wskazała na wierzę kościoła – nie oponuje?

– Nie wtrąca się o dziwo. W ogóle dziwny jest jakiś ten nasz ksiądz Zalas. Rada Parafialna kazała z ambony mu potępić działalność Czarownego Siedliska a ten temat obszedł zgrabnie i tylko o jakichś brudnych obrusach mówił. Nie no nawiązanie to miało – o to się rozchodziło że nie można patrzeć na człowieka jak na plamę na obrusie skoro człowiek to cały obrus. – Wyjaśniałam.

– Dziwne jakieś to przesłanie. – Prychnęła zielarka. Powinien był nas piekłem straszyć jak Pan Bóg przykazał.

– I te jego Air Maxy do sutanny. – Dołączyłam się do wygarniania Bogu ducha winnemu człowiekowi tylko dlatego, że skoro tworzyłam konkurencyjną duchowo działalność to tak się należało.

– Oj… Niezłe z Ciebie Marysisko. – Powiedziała Lena. Świętego Piotra drzemiącego w fotelu podrzucę Ci po niedzieli.

– O! To idealnie! Na prezent dla cioci narzeczonego będzie – dla Zajadłego Miecia.

– Chodź, lebiego kochana do tego lasu że, bo nas zmierzch zastanie, a wtedy to i Zjawa Niepamięci nas przydusi.

– Sekunda. Opowiem Lenie o tej zjawie.

– A cóż tu pleść! Chodzi taka półprzezroczysta i obiecuje odpowiedź na pytanie, które Cię nurtuje. Osobiste. O przyszłość. Odpowiada. A w zamian zabiera jakieś wspomnienie albo umiejętność odczuwania jednej emocji. – Wyjaśniła Bronka.

– O ja cię… – Jękła Lena.

– Ludziska we wsi gadają, że mi zabrała już Wstyd, Przyzwoitość i Moralność…

Lena parsknęła śmiechem.

– Nooo… Chodź, młoda, bo się pierdolniemy o kwadrans i nas zastanie przy krwawniku jakim.

– Pani Bronko, a zna pani jeszcze jakaś wiejską legendę? – Zaczepiłam, gdy szłyśmy już lasem.

– W starym młynie byłaś?

– Byłam. I innych też tam prowadzam. Moi goście tam sobie sesje zdjęciową robią.

– A dzwon kto słyszał?

– Dzwon? W nieczynnym młynie?

– Toż to żeś się o lokalne legendy pytała.

Pokiwałam głową, by Stalowa mogła kontynuować.

– Kto ten dźwięk dzwonu usłyszy, z nieczynnego już młyna, ten wkrótce będzie się musiał zmierzyć ze swoją prawdą.

– Interesujące. – Przyznałam.

– Straszne! Ludziom się żywoty obróciły jak kożuch na drugą stronę.

Zmiechrzało.

Gdy wychodziłyśmy na główną drogę minął nas szambiarz, a napis na beczce z wiadomo czym brzmiał: „Wszystko, co cuchnie, kiedyś kwitło.”

Zajrzałam jeszcze do Gieni Bimbrowej (przezwisko od bimbru sprzedawanego pod ladą), która z dumą mówiła, że jej lada sklepowa słyszała więcej spowiedzi, niż konfesjonał. Na lądzie siedziała jej wnuczka, mała Anielka i machała nogami.

Na mój widok zeskoczyła.

– Co podać? – Zapytała.

– Wódki owsianej mi daj, skarbie. Nic tak mojej babce nie pomaga na trawienie, jak sobie golnać jednego po obiedzie. Z kryształowego kieliszka.

– Płacisz Maryś czy na tablet Ci wklikać? – Zapytała Bimbrowa.

Popatrzyłam zdziwiona.

– No co? Zeszyt nieużyteczny jest. Zaś na tablecie mam tu wgrany kurs szweckiego i się z Anielka uczymy. Ty wiesz, że jej mama się zakochała. W Szwedzie. Pojechała za chlebem do tej Szwecji, a się okazało, że tego chleba sama jeść nie musi. Toż to szczęście takie! I tu tabelkę taką mam, Aniela mi zrobiła w Eseju jakimś i tu wklikuję kto na zeszyt bierze.

– W Exelu babciu. Ale Maria to zawsze ma przy sobie kartę, takie z miasta przyzwyczajenie.

– Skąd wiesz, mała mądralo? – Zapytałam.

– Ja też jestem wiedźmą. Jak Wy, z Czarownego Siedliska! Nie gorszą.

– Nie wątpię.

– Wątpisz. Z grzeczności tak mówisz.

A ja Ci udowodnię.

Przed chwilą byłaś w lesie i się zastanawiałaś, czemu ksiądz Zalas taki do Ciebie w dupę uprzejmy.

– Anielko! Nie wypada tak mówić! – Skarciła ją babcia.

– A Ty tak mówisz o narzeczonym mamusi – że jest w dupę uprzejmy.

Zamarłam. Naprawdę o tym myślałam!

– Ksiądz Zalas ma w sobie dwie dusze, ale jedna się nudzi. I przychodzi do Ciebie, bo Ty masz coś, co tę duszę karmi.

Bimbrowa jej nie przerywała.

Dopiero jak mała skończyła, powiedziała:

– Widzi więcej. Cóż począć. Ale muszę jej zakazać mówić o oficjelach bo nie wypada!

Z zaskoczenia wyrwał mnie dźwięk telefonu.

Na ekranie zobaczyłam, że to DJ Łąka.

– Zapisz mi! Muszę lecieć! Przyjechał DJ, mamy dziś potańcówkę na łące po sianokosie.

Wyszłam. W głowie dźwięczały mi słowa małej Anielki. „Zalas ma dwie dusze. Jedna z nich się nudzi.”

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *