O tym, że nasz dom jest urządzony wedle ludzi, którzy przychodzą do nas na wysiady.

– Dziś jest pierwszy dzień lata. – Powiedziałam, zrywając kartkę z własnoręcznie zaprojektowanego kalendarza, który wisiał na honorowym miejscu w naszej kuchni. Wystarczyło znaleźć kilka starych zdjęć tej okolicy i dopasować je porami roku. Później trochę taśmy, centymetr chęci…

Cieszyłam się na to lato. Uszyłam sobie kilka sukienek i wstążek z falbanami do włosów. Falbaniaste wstążki w kwiaty, rude włosy z zielonymi końcówkami oraz tatuaże z elfami i jednorożcami czyniły mnie tutaj wyczerpującym znaczenie tego słowa dziwadłem. Gdy dodałam do tego czarne soczewki, we wsi pojawiła się myśl, że jestem opętana.

Byłam opętana, pracą. I tylko pracą. Pracą nad przestrzenią, gdzie ludzie mogliby dawać sobie szansę na rozpoznawanie i identyfikowanie swojej duchowej ścieżki, poprzez zetknięcie się z różnymi. Zapraszałam nie tylko czarownice praktykujące wicca, ale także buddystów. Nieważne, wszystkie te organizacje zostały wrzucone do jednego worka nazywanego Kurwidołkiem. Tak oto otrzymałam miano Szatańskiego Przychówku, a gdyby nie to, że moja 100 letnia babka żyła, Baby powtarzałyby, że przewraca się w grobie na myśl o tym, co ja tu wyprawiam.

Byłam na językach wszystkich.

Od dzieci uczących się mówić, po starców, którzy mieli siłę na mówienie tylko przed obiadem, bo później musieli odsypiać swoje plotkowanie.

– I co z tego? Wszystkie dni tutaj są takie same. Nic się nie dzieje! – Wzruszyła ramionami pani Wandzia, sąsiadka, w reakcji na moją informację o pierwszym dniu lata. Gloryfikujesz młode kobiety, moja panno i wykluczasz te, których wdzięki można już tylko liczyć w mądrościach życiowych. Może zaproponujesz coś nam? Babom! Soli tej ziemi!

Tak. Baby z Pośrodka były solą tej ziemi. I belką w moim oku też.

Mój dom zaczęli tworzyć ludzie tak bezsprzecznie różni ode mnie, że naprawdę miałam wrażenie, że trafiłam w sam środek jakiejś satyry.

A tak naprawdę trafiłam w sam środek mojej spuścizny.

Babkowizny.

Babkowizny, czyli ziemi po babce.

– A co się ma dziać, jak my nic nie dziejemy? To my musimy tu dziać! – Usłyszałam pretensjonalnym, niemal pyskotliwym tonem. Matko i Boska, Wandziucha! Ty to byłaś mamrok, jesteś mamrok i mamrokiem zemrzesz. – Do kuchni wparowała Gloria. Byle nie za szybko, bo z kim ja będę w kart grać!

– Gloria, co Cię ugryzło? – Pani Wanda spąsowiała na twarzy, a jej grymas uwydatnił tylko jej makijaż. Był uosobieniem makijażu starej pudernicy. Doskonale się komponował ze złotym łańcuchem na pomarszczonej i opalonej szyi. Pani Wanda wyglądała, jakby wczoraj wyszła z więzienia i jeszcze nie zdążyła się przebrać. Neonowo pomarańczowa bluzka na ramiączkach to potwierdzała.

– Komary! To jest kurestwo jeszcze większe, niż poszukiwanie nago kwiatu paproci, które Marychna szykuje na 21 czerwca! A Ty stara prukwo, własnego domu nie masz? – Zwróciła się czule do Wandzi, swojej przyjaciółki z młodzieńczych lat. Doprawdy, pakując swoje włoskie życie, zastanawiałam, czy Ty jeszcze żyjesz, stara pudernico! A jednak jeszcze zipiesz! I jakie to szczęście, dla mnie starej… co z braku damskiego towarzystwa musiała się zacząć za chłopów brać! Parenti serpenti (Rodzina to węże.), a na Ciebie zawsze można liczyć.

– Nie bez przyjemności żeś się za tych chłopów brała. Przez Ciebie wikitowoł stary aptekorz. Skąd my teraz weźmiemy aptekorza na ty wsi? Młode do miasta ciągną. – Dorzuciła swoje 3 grosze babcia Apolonia, leżąca na kuchennej wersalce. Kuchenna wersalka to wynalazek z czasów, których nie pamiętam. Ale podobno rzecz święta. Przypominała Babom o tym, żeby zlec. Choć na chwilę. Nasza kuchnia przypominała jedną wielką izbę i naprawdę, brakowało tu jeszcze kaczki. Tak, kaczki. Teraz modne jest hodowanie kaczek w domach.

No mówiłam Wam, satyra.

Baśń przepleciona dokuczliwością pomieszaną z sentymentalizmem. Sama już nie wiedziałam, kiedy te baby żartują, a kiedy za chwilę wezmą się za łby i umoczą je w robionych przeze mnie konfiturach z truskawek.

Tak.

21 czerwca miał się u nas odbyć kobiecy camp z okazji poszukiwania kwiatu paproci. Zapisało się dokładnie 14 kobiet. 14 nagich kobiet będzie przemierzało las sąsiadujący z plebanią i kościołem. Byłam z siebie równie dumna, co zawstydzona.

Moja Babkowizna była tutaj. Kościół też stał tutaj, od wieków. Wojna wisiała w powietrzu, choć ja nie miałam zamiaru jej wypowiadać. Czułam się jednak jak niepodległe, wydzielone państwo… jednak na terenie tego starego, które nie uznaje mojej suwerenności. Sama sobie zaszkodziłam, urządzając Czarowne Siedlisko w starej organistówce. Jednak…

Jak miałam wytłumaczyć ludziom, że moje działania nie godzą w kościół?
Jak miałam powiedzieć to ludziom, którzy ze mną nie rozmawiają, tylko o mnie plotkują? Jak miałam cokolwiek udowodnić tym, którzy już mieli o mnie wyrobione zdanie, mimo tego, że nigdy mnie nie poznali?

Na szczęście Los, ten bezbłędny skurwesyn, znał odpowiedź na to pytanie.

Już niedługo miał przysłać do mnie, wytypowanego przez Baby negocjatora.

Ten sakramencko przystojny i piekielnie sarkastyczny mężczyzna miał przewrócić do góry nogami moje życie, a ja jego.

Pierwszy dzień lata był zatem jednym ze spokojniejszych…

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *